wisieńka na gównie: burger king

środa, 22.lutego.2012, 02:26

Tak wiem, wypada pisać o fast-foodach tylko i wyłącznie wylewając na nie wiadra pomyj.
I bardzo możliwe, że w większości przypadków jest to uzasadnione. Ale w moim osobistym odczuciu, jest jeden gracz, który nie zasłużył na taki ostracyzm. Światełko ostrzegawcze mojej kulinarnej intuicji jeszcze nigdy nie zapaliło się ilekroć wsuwałem whooper-a, chociaż nie toleruje kanapek firmowanych wizerunkiem klauna i ledwo co trawie kurczaka spod znaku pewnego pułkownika, pamiętającego jeszcze piękne czasu supremacji białej rasy i pól pełnych bawełny.


Jest jednak coś co mnie przekonuje w smaku hamburgerów serwowanych w Burger King-u,
i nawet jeżeli daje się oszukać, jest to i tak przyjemne uczucie. Moje próby odtworzenia jego grilowanej wołowiny w chacie wylądowały w koszu, chociaż przepis na pewno nie należy do skomplikowanych. BK punktuje też oferując cały czas konkretne porcje w przeciwieństwie do swojego największego konkurenta, który jeżeli utrzyma trend, będzie musiał niedługo zaprząc do pracy nanotechnologie.


A więc rodacy, jeżeli Wam też smakuje, bierzcie i jedźcie u niego wszyscy…;)


Burger King:
www.burgerking.com.pl


Nastrój:
Kategoria: brak kategorii

W hierarchii książek, te kucharskie nie plasują się zbyt wysoko, choć na pewno dystansują wymierające, wielkie i opasłe tomiska z numerami telefonów.

Inaczej ma się sprawa z książką "Potępieni" autorstwa Chucka Palahniuka, który igra z losem, odważnie dzieląc imię Najpotężniejszego Człowieka na Świecie, którego nazwiska nie odważę się wypowiedzieć. Igra też, z naszym poczuciem komfortu i zadowolenia, nadmuchanym przez konsumpcyjny styl życia ego, infantylną religijnością i wszechobecną polityczną poprawnością. To też rozprawka na temat doczesności i jednego z największego współczesnego tabu: śmierci. Cała książka jest nią przesiąknięta… jednak w uroczy, inteligentny i dowcipny sposób. Przeczytałem lekturę z nie schodzącym bananem na pysku.


Proponuje włączyć ja do kanonu materiału obowiązkowego w liceum. Gwarantuje, że bryki na jej temat nie będą się sprzedawać. Niestety to się nie wydarzy w imię nie obrażania uczuć religijnych i ku uciesze wiecznie zacietrzewionych wyznawców człowieka, który ponoć głosił miłość, wybaczenie i nastawiania drugiego policzka.


Polska jest państwem świeckim tylko w teorii, gdzie wolność to wąski margines ograniczony przez wszędobylską legislacje. Dla władzy lud to zbiór debili, którzy gdyby nie przepisy i regulacje, spadli by w pierwszą lepszą przepaść jak lemingi.


Nie wierzę w rewolucje, gdzie ludzie nagle obudzą się i sprawią, że Ziemia zacznie się kręcić w przeciwną stronę. Ale ta książka, w moim mniemaniu, jest tą kroplą, która drąży skałę.

Zapraszam więc do lektury. Niczego tak nie obawia się władza (a raczej ludzie, którzy za nią stoją) jak świadomych, myślących i krytycznych ludzi.


„Potępieni”, autor: Chuck Palahniuk



Nastrój:
Kategoria: brak kategorii

i po imprezie...

niedziela, 12.lutego.2012, 19:55

I po imprezie... bilans to prawie jedna osoba na metr kwadratowy, wizyta straży wiejskiej i kilka sztuk szkła mniej. Mimo, że dzień po boleśnie odczuwam własną śmiertelność, lodówka, pękająca w szwach od nie wypitego alkoholu, stanowi najlepsze remedium.

Niestety zabrakło skandalu, nikt nikomu nie dał w mordę, nikt nikogo nie bzyknął (chyba) a przyjazd straży wiejskiej bardziej pasuje do balu kombatantów, interwencja brygady antyterrorystycznej brzmiała by znacznie lepiej.

Ale wyciągnąłem wnioski. W przyszłości, jeżeli finanse pozwolą, zaproszę na imprezę prostytutki, tak aby soczyście prowokowały panów, zwłaszcza tych którzy nieopatrznie przyjdą z swoimi dziewczynami...

Świat się kręci, a ja się kręcę razem z nim...



Nastrój:
Kategoria: brak kategorii
tagi: impreza
Nie jestem fanem pizzy, zwłaszcza w wykonaniu większości sieciówek, które pod tą nazwą serwują różnorakie i z reguły niejadalne zakalce. Na szczęście jest miejsce, które dzielnie broni honoru tego dania i udowadnia, że jednak można. W niepozornym zagłębiu pawilonów na warszawskiej Woli, w otoczeniu proletariackich kamienic i zmęczonych życiem twarzy ich mieszkańców, kryje się najlepsza pizza jaką do tej pory jadłem: Pizzeria u Dziadka.

Knajpa prowadzone jest przez miłośnika amerykańskich klasycznych aut, co widać w wystroju skromnego wnętrza. Co ma wspólnego motoryzacja i kuchnia..? Obie wywołują emocje, a przynajmniej powinny, jeżeli są na tyle dobre aby na to zasłużyć. A to miejsce właśnie do takich należy.

Pizza jest przygotowywana prawie na oczach klientów w piecu opalanym wierzbowym drewnem. Będąc tam czuć, że to nie tylko biznes i sposób na zarabianie pieniędzy. To także styl życia. U Dziadka panuje swobodna, wręcz rodzinna atmosfera.

Ceny są przystępne od 14 do 28 zł. Pizza dostępna jest tylko na cienkim cieście oraz
w jednym rozmiarze, jak dla mnie w zupełności wystarczającym, aby się najeść, a nie należę do cherlaków. Piwko również jest na miejscu na poprawę apetytu (7 zł).


Pizza u Dziadka to przykład na to jak z pasji, pracy i prostego pomysłu w świetnym wykonaniu można stworzyć coś naprawdę smacznego.

Pizza u Dziadka:
Warszawa, ul. Wolska 50 A, pawilon 7
Płatność kartami płatniczymi: nie
Miejsca parkingowe: nie
http://pizzadziada.pl

Nastrój:
Kategoria: brak kategorii

test pojemnościowy mojego kwadratu

poniedziałek, 23.stycznia.2012, 21:24
Robię imprezę 11.02 (sobota).
Hasło: test pojemnościowy mojego kwadratu...;) i jednocześnie urodziny kumpeli.
Chcesz wpaść..? Daj znać na priva...
Miejsce akcji: Warszawa, dokładniejszy adres po wstępnej selekcji.
Atrakcje:
- zmanierowane panienki z ASP,
- mniej zmanierowane z szkoły tańca egurroli,
- brak konwenansów,
- interwencje policji,
- morze alkoholu,
- i żarcie nie tylko mojego autorstwa.

Odważnych zapraszam.

Nastrój:
Kategoria: brak kategorii

Ostoja smaku i solidności: Bar Country

środa, 18.stycznia.2012, 21:26

To mój największy pewniak na kulinarnej mapie miasta. Jestem klientem tego przybytku od lat i nigdy się nie zawiodłem. Pod tą niefortunną nazwą kryje się niewielka knajpka, czy też może jak sama się określa bar, zlokalizowana w magicznym Osiedlu Przyjaźń.


Bar Country robi to co umie najlepiej czyli przyrządza flagowe dania polskiej kuchni.
W menu znajdziemy zarówno schabowego jak i gołąbki. Ziemniaki zawsze są przyprawione smakowitymi skwarkami. Porcję są naprawdę spore. Uważasz, że potrafisz dużo zjeść?
W takim razie zmierz się z plackiem po zbójniku w rozmiarze L (20 zł) lub kotletem po góralsku (22 zł).


To jedno z tych miejsc, które nic nie udaje. Jedzenie jest proste i nawet nie próbuje sprawiać wrażenie wyrafinowanego. Nigdy nie zdobędzie gwiazdek Michelin, ale spełnia najważniejszy wymóg: jest cholernie smaczne.
Wyrosłem na kulinarnego mamisynka, zawsze będę uważał, że mama gotuje najlepiej, jednak nie zawahał bym się jej zabrać do Baru Country aby odpoczęła od garów, wiedząc, że rodzinny obiad nie ucierpi przez to na jakości. Wegetarianie nie mają tu czego szukać.
I bardzo dobrze. Nie po to jesteśmy na szczycie łańcucha pokarmowego, żeby ograniczać dietę do korzonków.


Jeszcze do niedawna, było to jedno z niewielu miejsc, gdzie można było zjeść prawdziwe, przyrządzane na miejscu frytki. Teraz zastąpiono je mrożonym substytutem.
Oby to nie był objaw nadchodzącego zmierzchu.


Bar Country:
Warszawa, ul. Konarskiego 86
Płatność kartami płatniczymi: nie
Miejsca parkingowe: tak
http://barcountry.pl



Nastrój:
Kategoria: brak kategorii

miła niespodzianka..: h3 hamburger gourmet

poniedziałek, 16.stycznia.2012, 21:37
Galeria Mokotów to ostanie miejsce gdzie spodziewałbym się kulinarnych perełek.
Na tym ołtarzu konsumpcji dominują mniej lub bardziej znane marki róznorakich fast-food-ów. Na szczęcie pojawiła się przeciwaga.

H3 hamburger gourmet od razu rzuca się w oczy na tle konkurencji stonowanym wystrojem, delikatnymi pastelowymi kolorami i no coż...  brakiem kolejek. Menu jest również intrygujące, staranie dobrane, oferujące tylko kilka pozycji. To wszystko pod hasłem: `new hamburgelogy` i nieco jednak niepasującego tutaj szyldu slow food.

H3 zdobywa punkty od razu od momentu kiedy zaczynam składać zamówienie. Pada sakramentalne pytanie jak burger powinien być wysmarzony...
Do picia mam do wyboru lemoniade lub też ice tea i obie raczej nie wyszły spod ręki czołówych producentów. Miłym elementem są prawdziwe sztuće i talerz aczkolwiek plastikowa taca nie pozwala zapomnieć, że cały czas jestem w centrum Babilonu.

Zamówiłem h3 cheese w zestawie z sałatka z sosem vinegre i ice tea (24,90 zł).
Głowny bohater dania mimo, że dobrze wysmarzony, nadal jest soczysty. Zmysły łaskocze wyśmienite mięso wołowe, przyprawione solą i... nie wiem czy czymś jeszcze więcej... chyba tylko odrobiną masła. Dobry produkt broni się sam. Nie potrzebuje góry przypraw ani marynowania. Jestem sam na sam z smakiem wołowiny. Sos vinegre w sałatece jest wyraźnie wyczuwalny, dominuje jednak za bardzo nad warzywami. Całość przyzwoicie podana, aczkolwiek widać dysonans między obrazkami jedzenia nad kasami a tym co mam przed sobą. Na tych pierwszych widać ręke mistrza, na drugich już co najwyżej rzemieśniczą robotę.

Jestem pewien, że twórcą tej marki towarzyszą duże ambicje i chcą czerpać inspiracje od najlepszych. Jednak jednocześnie ich zamiarem nie jest wprowadzanie hamburgera na salony, a tylko znalezienie się w klasie 'fast-food premium', którą tym samym zaczynają tworzyć. I to moim zdaniem, jak na razie się udaje. Tak trzymać... a ja będe trzymał rękę na pulsie H3 ilekroć będe w pobliżu.

H3 hamburger gourmet:

Warszawa, Galeria Mokotów, 2 piętro.
Płatność kartami płatniczymi: tak
Miejsca parkingowe: tak
http://h3.com/pl.html

Nastrój:
Kategoria: brak kategorii

kulinarna fobia: zapiekanka mojego pomysłu

czwartek, 5.stycznia.2012, 01:33
Natura zaopatrzyła nas w pewien mechnizm obronny: lęk przed nieznanym.
Chroni nas to przed pokusą wkładania palców do gniazdek kontaktów, a także sprawia, że terminowo opłacamy rachunki za internet.
Ten sam lęk czują osoby, które po raz pierwszy próbują coś samodzielnie ugotować.
Właśnie dla nich prosty przepis w ramach propedeutyki gotowania: zapiekanka.
Wybacza błędy, pozwala oczyścić lodówkę z zbędnych rzeczy, i co najważniejsze możemy medytować nad piekarnikiem, kiedy nasze dzieło powoli nabiera kształtu.

Co potrzebujemy do zapiekanki:
- dwa pętka kiełbasy,
- pare plastrów boczku,
- dwie duże cebule,
- 2-3 całe papryki,
- mały koncetrat pomidorowy,
- sos pomidorowy (500 g),
- puszke czerwonej fasoli,
- makaron np: świderki,
- olej,
- główke czosnku,
- sół,
- pieprz,
- oregano,
- bazylie,
- gałke muszkatołową,
- słodką i ostrą papryke,
- dwie kostki bulionu warzywnego,
- ser w dowolnej postaci.

Na gorącą patelnie dodajemy nieco oleju i boczek. Podsmażamy i dodajemy pokrojoną na ok 1 cm kawałki kiełbase. Po jakimś czasie dodajemy siekaną cebule i czosnek. W odzielnej misce mieszamy sos i koncetrat pomidorowy z bazylią, oregano, pieprzem, odrobiną soli, gałką muszkatałową, słodką i ostrą papryką.
Cały czas mieszając mięso na patelni wstawiamy wodę na makaron.
Solimy odrobine i dodajemy dwie kostki bulionu warzywnego.
Po zagotowaniu wody dodajemy makaron, gotujemy przez 2, maksymalnie 3 minuty.
Kiełbase, fasole z puszki razem z zalewą, makaron i sos pomidorowy, mieszamy wszystko w naczyniu żaroodpornym posmarowanym wcześniej masłem, razem z pokrojonymi na kostke paprykami.
Całość dekorujemy od góry serem i posypujemy oregano.
Wstawiamy do piekarnika na czas jakiś.

Kilka uwag:
- po pokrojeniu kiełbasy, warto poświęciś nieco czasu i usunąc z nich fabryczną zewnętrzną, łykowatą błonę,
- uwaga na tempereture piekarnika, lepiej żeby była za mała, niż spiekła się zapiekanka,
- jeżeli coś zostanie z dania na drugi dzień, nie odgrzewajcie tego w piekarniku, zapiekana straci zbyt dużo wilgoci, lepiej urzyć do tego patelnii.
Nastrój:
Kategoria: brak kategorii
tagi: zapiekanka

C2H5OH

piątek, 30.grudnia.2011, 23:51
Kuchnia sylwestrowa to jaskrawy przykład monopolu.
W klubach na stołach, ulicach, stokach i bramach niepodzielnie króluje C2H5OH.
Nowy rok to unikalna okazja, żeby napić się za to co mineło jak również jak to co nadejdzie. Niewielu odważy się przeciwstawić temu magicznemu rytuałowi. Dopełnieniem orgii są skłądane noworoczne życzenia. Ta technika programowania neurolingwistycznego w tandemie z morzem alkoholu zadziała na każdego. Przynajmniej do momentu kiedy do głosu dojdzie kac...

Czego więc życzą sobie osoby, które nic nie wiedzą na swój temat, takie jak Wy i ja...
Wszystkiego Najlepszego w 2012!
Nastrój:
Kategoria: brak kategorii

paradoks wieczerzy wigilijnej

poniedziałek, 26.grudnia.2011, 20:11
Jestem wielkim fanem polskiej kuchni. Niewiele nacji może się poszczycić taką różnorodnością potraw, smaków i przypraw. Zaledwie kilka z podobną odwagą potrafi łączyć różne składniki i aromaty, pozornie sprzeczne, w jednym genialnym daniu. Ale prawdziwy kunszt osiągneliśmy w przyrządzaniu różnych rodzaji mięsiw.

Jednak raz w roku polska kuchnia kapituluje. Największe święto kulinarne czyli wieczerza wigilijna to kompilacja pogańskich zwyczajów i fasadowego chrześcijańskiego postu zalewanego hektolitrami wódki. Jeżeli cierpisz na rodzinnej kolacji, gdzie większość jej uczestników łączy tylko abstrakcyjna wspólnota DNA, powinieneś móc przynajmniej dobrze zjeść.

Niestety jakiś czas temu, ktoś wykoncypował, że nie jedzenie mięsa przyjemnie łachocze jeden z nerwów boga....
Dlatego jesteśmy skazani na talerze pełne węglowodanów i niewiele pomaga obecność cudownego w smaku karpia. Jako alternatywa marzy mi się wigilia z barszczem z uszkami z mięsem, sałatka z siekanymi warzywami, majonezem i szynką, a także zupa grzybowa gotowana na wieprzowym wywarze.

A wtedy wódka będzie również lepiej wchodzić...
Nastrój:
Kategoria: brak kategorii

cześć i czołem

niedziela, 25.grudnia.2011, 22:23
Witam wszystkich na moim blogu. Nieważne czy zajrzeliście tu celowo czy też to tylko efekt błędów w indeksowaniu google. Jako, że blogi to kolejny krok w internetowym ekskibicjoniźmie, też postanowiłem tego spróbować. Może za jakiś czas zaoszczędze na prochach i terapi. Ukrywanie się pod pseudonimem ułątwi mi dystansowanie się od wszelkich głupich, złośliwych i niewygodnych dla mnie komentarzy.

Tematyka bloga to kuchnia, kulinarnia, przepisy oraz wszelkie kwestie, które raczy poruszać się przy stole. Czyli to co komu ślina na język przyniesie.
Nastrój:
Kategoria: brak kategorii

O autorze

Kontakt: swatblogs (at) gmail.com więcej

O stronie

swat

specjalny blog kulinarno-około-ogólny

odwiedzin:

Podobne strony